wtorek, 19 kwietnia 2016

9 PKO Poznań Półmaraton

Nie zawsze trzeba się ścigać, aby mieć satysfakcję ze startu


   Tegoroczny Poznań Półmaraton był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Z racji, że nie walczyłem o poprawę rekordu życiowego, postanowiłem zrobić w ramach zawodów owocny trening. Start w biegu przyszedł bardzo spontanicznie, nie planowałem biec półmaratonu, ale jak wiecie o moją regenerację dba Krzysiek - Fizjoterapia Biegacza (https://www.facebook.com/Fizjoterapia-Biegacza-935226236498238/?fref=ts, a tak się składa, że jednym z jego pacjentów jest Jacek. Tak od słowa do słowa i wyszło, że pomagałem mu poprawić życiówkę i walczyć o jak najlepszy wynik. Spotkaliśmy się w tygodniu omówić jak ma wyglądać bieg, na co liczy i czego oczekuje. Wiedziałem, że jestem w stanie spokojnie to pobiec, ale jednak trochę stresik był. Swoich treningów nie odpuszczałem, więc niedzielny start potraktowałem jako "przetarcie".



   Plan nie zawsze odwzorowuje się w rzeczywistości, możesz trenować solidnie, odpowiednio się regenerować, a tego jednego dnia jednak coś nie wypali. Nie lubię, gdy tak się dzieje. Taki urok sportu, taka karuzela jest dla nas normalką. Mnie to spotkało na Maniackiej, więc dobrze znam ten stan.Wtedy zawsze zastanawiam się, czy gdzieś w przygotowaniach popełniono błąd.

   Pogoda nie sprzyjała, nie dość, że mocne opady deszczu, to jeszcze temperatura szału nie robiła. Na miejscu byłem o 7:30, więc tłumów jeszcze nie było, ale z minuty na minutę hala zapełniała się zawodnikami. Oczywiście nikt nie kwapił się rozgrzewać na zewnątrz, deszcz nie ustępował, a wśród zawodników było słychać pozytywne bojowe teksty, że pogoda nam nie straszna, to co utkwiło mi w pamięci : "Fajnie, że pada ! Im więcej przeciwności losu, tym lepiej będzie smakowała życiówka"  I podejście tego Pana było idealne do warunków :D

   Rozgrzewka - kilka przebieżek, na start udałem się na ostatnią chwilę. Kwadrans do startu jeszcze chowałem się pod parasolem, ale gdy się przebrałem w strój startowy i zrobiłem 2 rytmy byłem już cały mokry. Cały ! A zawody jeszcze na dobre się nie rozpoczęły.

   Na starcie same znajome twarze nie tylko z Poznania :) Fajnie było spotkać ludzi, których na co dzień obserwuję i wszystko toczy się w wirtualnym świecie.

   Nie powiem, że im bliżej startu coś tam w brzuchu się kręciło. Nerwy ? Tempomatu w nogach nie mam, a tym razem coś takiego by się przydało :) Nie szybciej niż 3:40-3:45 do 10 km i zobaczymy jak będzie się sytuacja przedstawiała. Taki był plan wstępny, ale wszystko w trakcie biegu monitorowaliśmy.

   Przed biegiem analizując trasę wiedziałem, że początek może być mocny, więc zerkając co chwilę na zegarek złapałem właściwe tempo i nie nie zrywałem. Normalnie pewnie bym ruszył, bo nogi rwały się do przodu, ale nie tym razem :) Przycisk rywalizacji wyłączyłem w głowie, a włączyłem cieszenie się biegiem i zwiedzanie Poznania !

   Start o 9 ! Poszli ! Ciasno... oj ciasno. Nie ruszyłem jak wystrzelony z procy, a spokojnie i odniosłem wrażenie po 500 metrach, że tupiemy jak słoniki, bo wszyscy nas mijali. Zegarek pokazywał swoje, tempo jest takie jak zakładaliśmy. Podczas biegu cały czas kontrolnie spoglądałem przez ramię, czy Mezo biegnie obok, co kilometr krzycząc mu tempo. Osobom, które biegły w naszym towarzystwie bardzo to pomagało.




   Pierwsze 5 km odpowiednio :

1 km - 3:44

2 km - 3:42

3 km - 3:44

4 km - 3:43

5 km - 3:44 - 18:37 - wrzuciłem hasło PANOWIE ZA WOLNO !

Uformowała się dość liczna grupa biegaczy i co chwilę ktoś mnie pytał na ile prowadzę, dlaczego nie mam balonika, co ja tu robię :o Pozdrawiam wszystkich, którzy biegli do 9 km w tej grupce !

   Tutaj nastąpił chyba kluczowy moment biegu... 9 km wyszedł w 3:47 oglądam się i wiem, że coś jest nie tak. Krótka rozmowa i zmiana planów ! Delikatnie zwolniliśmy. Czekałem na 10 km, żeby skontrolować na jakim jesteśmy etapie i na co nas stać - szybkie przeliczenie w głowie i jedziemy dalej. Życiówka to plan minimum więc jest o co walczyć !

10 km - 37:45 czyli jakby nie patrzyć średnia koło 3:46 wyszła. Miałem nadzieję, że druga moim zdaniem cięższa część dystansu pozwoli na dobiegnięcie do mety poniżej 1:21. Wliczając narastające zmęczenie i niestety nieustannie padający deszcz.

   Odcinek między 10 a 15 km był chyba najbardziej męczący psychicznie, podbieg, wypłaszczenie, zbieg i podbieg, osobiście nie lubię takich pofałdowanych odcinków. Jeden porządny podbieg, jedno cierpienie i jedziemy dalej, a tutaj taka huśtawka. Kibice na tym odcinku na szczęście nie zawiedli! Niesieni dopingiem jakoś przetrwaliśmy ten odcinek.

   Czułem się już troszkę wychłodzony i słychać było tylko chlup, chlup z namokniętych butów.

   Łapałem lapy na każdym kilometrze i niestety tempo spadło. 15 km 57:32 więc ciągle miałem w głowie szansę na 1:21. Sorki Jacek za czasem głupie teksty, ale jak inaczej motywować ;) Nie pitol i zapierdzielaj :D to tylko delikatne słowa, które się czasem wymsknęły ;] najważniejsze, że trzymaliśmy tempo. Grunwaldzka to prawie już jak meta, a jednak trochę jeszcze zostało.

   No i nie mogę nie wspomnieć o "Suchym", którego poznałem na biegu. Od 12-13 km jakoś się spikneliśmy i wpadliśmy w pogaduchy nie zapominając o rozbijaniu wiatru i trzymaniu tempa :) Coś czuję, że gdybym bieg na 1:30 czy też jakikolwiek inny czas partnerów do rozmów byłoby sporo !

   Biegnąc w takim tempie widziałem rzeczy, których przy zasuwaniu na maksa nie widzę. Kibice, całą tą otoczkę, która jest magią Poznańskiego Półmaratonu :) Przybijanie piątek z dzieciakami i ich radość coś nie do opisania ! Było kilka takich miejsc, gdzie nie było słychać własnych myśli :) Czasem w pogoni za wynikami człowiek tego nie zauważa, więc taki bieg jak ten raz na rok jest idealną odskocznią.

   Grunwaldzka ciągnęła się oj ciągnęła ! Jakoś nie chciał dystans uciekać.

   Przed 20 km powiedzieliśmy Jackowi, że już niecały kilometr do mety :D Takie małe oszustwo.

   I taki mój osobisty sposób na motywację : gonimy Pana w niebieskim i booom wciągneliśmy gościa : ) spiker krzyczał, że jeszcze 200 metrów do mety. Tak 200, ale głos było słychać ponad pół kilometra dalej :D Więc potwierdziłem, że Pan ma rację :D nie zwalnialiśmy !

   20 km - 1:17:26

   No to teraz gonimy Pana w zielonym - oj ten był trochę daleko, ale finisz to finisz ! Strzeliliśmy jak z procy ! Tempo na zegarku 3:21 więc musiałem trochę te nóżki rozpędzić, a nie spodziewałem się takich rezerw u kompanów biegu. Gdy już widać było skręt na targi i niebieski dywan, wspomniany Pan w zielonym stawał się realnym celem do osiągnięcia. Krzyki, piski i wrzawa tylko nas napędzała i przed samą metą "zielony" cel został dogoniony, a czas 1:21:07.





   Nie mi oceniać czy to sukces czy nie, ale jedno jest pewne należ stawiać sobie wysokie cele i je realizować to podstawa. Plan był ambitny, wyszła życiówka więc jest się z czego cieszyć. Warunki nie sprzyjały, więc co by było gdyby... Gdyby noga się zakręciła, a pogoda sprzyjała? Gdyby był ten luz w nodze ;]

   Po biegu nie zabrakło smacznego piwka i długich rozmów :)



   Kibice :) Oni w Poznaniu jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. Tak było i tym razem, nie dało się odczuć samotności w trakcie biegu. Cała trasa obstawiona - ogromna wdzięczność od nas biegaczy - czasem na trasie dopada zmęczenie, zwątpienie, czy też jakiś niekontrolowany skurcz, a oklaski i ciepłe słowa pozwalają zebrać się w sobie i ruszyć dalej, walczyć. wszystkich którzy pomimo pogody gdzieś tam wyszli i starali się nas wspomagać, bezcenna pomoc :)
   Pozwolę sobie podsumować trochę imprezę. W formie plusów i minusów będzie to najbardziej czytelne:

PLUSY

+ trasa na wielki plusik. Nie zmieniajcie jej przez najbliższe edycje :) za rok chcę pobiec na niej po wynik !

+ kibice i atmosfera przez nich zgotowana

+ punkty żywieniowe na trasie i ich obsługa

+ lokalizacja w centrum miasta na targach

+ OGÓLNA ATMOSFERA IMPREZY ! nawet deszcz tego nie zepsuł :D

MINUSY

- wąski start, temat do przemyślenia, jeśli byłaby szansa jakoś to powinno być rozwiązane w inny sposób.

- strefy czasowe. Temat do oddzielnej analizy. Wina jest tutaj po stronie organizatora jak również biegaczy!

- pacemakerzy - niestety bardzo słabe oznakowanie, część baloników w ogóle nie była widoczna, przy takiej ilości osób wydaje mi się, że powinno być ich więcej i powinni być widoczni nie tylko dla osób, które trzymają się ich w odległości metra.

   Na koniec serdeczne podziękowania dla Krzyśka za dotychczasową pomoc :) Dla Agnieszki, że nadal wytrzymuje te moje ciągłe treningi, wyjazdy na zawody i jest obok wspierając mnie w słabszych chwilach.

   Zapraszam na http://mezo.pl/teza-meza. Tutaj też kilka słów od Jacka. A na https://www.facebook.com/Mezokracja/timeline krótkie migawki z biegu :)

   Zabawa trwa dalej :D


   Nawet tętno w trakcie biegu ładnie się kręciło między 155-165, średnio wyszło 159. Idealnie :D


 


 
 

















środa, 30 marca 2016

Garmin Forerunner 630 - recenzja cz.1


Kombajn biegowy od Garmina

   Minęły ponad dwa miesiące, od kiedy zaczęła się zabawa z Garminem 630, przez ten czas zegarek przebiegł już parę kilometrów na moim nadgarstku, ponad 1000 na liczniku ;) więc mogę go ocenić, czy warto i komu się przyda.







   Nie jestem gadżeciarzem i nie podążam za nowinkami technologicznymi, a obecność tego zegarka na moim ręku to przypadek, a raczej konieczność – niestety zgubiłem 610.

   Pierwsze moje wrażenie po odpakowaniu zegarka było WOW, a teraz po kolei parę istotnych dla biegacza kwestii.

Wyświetlacz i wygląd zewnętrzny

   Nie ma co się oszukiwać dla mnie wygląd nie jest podstawowym aspektem zakupu zegarka do biegania, jednak jeśli jest zgrabny to jego wielki plus. W tym przypadku właśnie tak jest. Duży wyświetlacz, standardowo 4 przyciski i elastyczny pasek. Obsługa jest bardzo intuicyjna i tutaj nikt nie powinien mieć najmniejszego problemu. Wystarczą 3 kliknięcia i gdy zegarek złapie satelity możesz zaczynać trening.






   Na początku ciężko było mi się przystosować do czułego wyświetlacza, zdarzało mi się, że kropla wody, czy silny wiatr potrafiły mi podczas treningu zmieniać ekrany. Nawet niekontrolowane dotknięcie, czy też muśnięcie powodowało ten sam efekt, ale to kwestia przyzwyczajenia.

  Zegarek waży niecałe 44 gramy - czasem miałem wrażenie, że go nie mam na nadgarstku

   Podczas treningu można dowolnie ustawić dane wyświetlane na ekranie. Od Nas tylko zależy jakie parametry chcemy, aby były widoczne na ekranie, które nam się przydadzą w trakcie aktywności. Niektórych opcji nie wykorzystamy w trakcie biegu: nie analizujemy długości kroku czy też czasu kontaktu z podłożem, a raczej najważniejsze jest dla Nas tempo, przebiegnięty dystans. Pozostałe opcje sprawdzimy po zgraniu treningu.





Bateria

  Według producenta zegarek wytrzymuje 16 godzin w trybie treningu - u mnie ze względu na to, że mam włączony gps + glonass jest to trochę mniej, jakieś 10-12 h. Do tego mam włączone śledzenie aktywności, alert ruchu i chyba wszystkie możliwe opcje - jak testować to testować :) Ładuję go co 4-5 dni zależy, czy biegam wieczorami, bo wtedy dochodzi włączony non stop wyświetlacz. Na opcji GPS i bez podświetlania udało mu się wytrzymać ponad 7 dni, ale na ostatnim treningu już komunikat słaba bateria pojawiał się strasząc, że zaraz padnie. Co się okazało po podłączeniu go w domu było 17 %, więc jeszcze co nie co można było z niego wyciągnąć.

   GPS ma jeszcze opcje UltraTrac. Używałem jej tylko 3 razy chcąc zobaczyć na czym to polega. Chodzi tu o wydłużenie pracy zegarka w funkcji GPS kosztem zapisywania mniejszej ilości danych, ale w zamian dostajemy wydłużoną pracę baterii. Idealna dla ultrasów i ludzi, którzy lubią długieeeee bieganie.

GPS

   Do działania GPS-u, jego dokładności i rysowania tras nie mam żadnych uwag. Nie zdarzyło mi się podczas 2 miesięcznego użytkowania, żeby w trakcie treningu stracił zasięg, czy też przekłamywał mnie o prędkości, dystansie. W ramach testowania biegałem kilka treningów na bieżni i odchylenia były minimalne. Łapanie satelit trwa dosłownie chwilę, więc czasy, gdy wystawiałem starą 610 na parapet przed treningiem skończyły się :)






   Treningi tempowe, czy też bieganie szybkich rytmów nie sprawia problemu - w ciągu 5-8 sekund zegarek łapie odpowiednie tempo. Podczas 20 kilometrowych zabaw biegowych, gdzie zmienne tempo było co 1 km, zegarek radził sobie świetnie i nie było żadnych szaleństw.








Funkcje biegowe

   Akcelerometr funkcja, która bardzo mi się spodobała :) - oblicza dystans dla aktywności fizycznej w pomieszczeniach bez konieczności używania czujnika na nogę. Jakiś czas temu zacząłem biegać na bieżni i funkcja treningu w pomieszczeniu mierzy to bardzo dobrze. Dystans wskazywany przez bieżnię mechaniczną różni się o ilości mało znaczące. Może dla niektórych to zbędny gadżet, mi się o dziwo przydaje.




   Symulator wyścigu jest bardzo optymistyczny, ale jeśli zegarek twierdzi, że możesz ? Więc trzeba to zrobić ! Wyniki zmieniają się tutaj w zależności od tego jakie wykonujesz treningi – w okresie, gdy biegałem dużo rozbiegań, a nie zbliżałem się do prędkości 3:00 min/km wyniki w symulatorze były bardzo kiepskie. Natomiast, gdy wplatasz szybkie odcinki, od razu wyniki się poprawiają. Nie wiem dokładnie jak zegarek to oblicza, ale algorytm liczący te czasy daje dodatkowego kopa do treningów :) Taki osobisty motywator !




   630 ma możliwość ustawiania interwałów, czy to według dystansu, czy też czasu, jak również interwały otwarte, gdzie sam decydujesz kiedy lecisz dalej (Tego nie polecam;)) Bacik czasowy jednak jest lepszy niż samo klikanie. Mój standardowy trening, czyli kilometrówki na różnych przerwach czasowych jest bardzo łatwo ustawić. Robię to wszystko w zegarku i zajmuje mi to dosłownie 30 sekund do minuty. Nie ukrywam, że na początku użytkowania ilość opcji trochę przerażała, ale warto było się trochę pobawić. Nie ma tutaj większej filozofii :)

   Wibracja to coś, bez czego nie wyobrażam sobie zegarka biegowego ! Dla mnie osobiście zegarek bez tego ma wielki minus, korzystam z tego od zawsze. Pomaga nie tylko podczas interwałów, ale również podczas wybiegań nie patrzę co chwilę na zegarek, a co 1 km, gdy zegarek zawibruje.

Funkcje śledzenia aktywności

   Tutaj mamy kilka ciekawych opcji, z których korzystam i bawię się w analizowanie tego :) Licznik kroków pokazuje nam ile kroków zrobiliśmy w ciągu dnia i zlicza ilość kilometrów, które pokonaliśmy z zegarkiem - biegając czy też chodząc.





    Monitorowanie snu - jak to działa ;> ? do końca nie wiem :) jedno jest pewne, gdy się wiercę w nocy wszystko później widać na wykresie. Jak mówi producent statystyki obejmują łączną liczbę przespanych godzin, fazy ruchu i spokojnego snu.

Dynamika biegu

   Rytm biegu, średnia długość kroku, średnie odchylenie, średni bilans GCT, średni czas kontaktu z podłożem... na to wszystko powstanie osobny post, ponieważ jak na początku byłem sceptycznie do tego wszystkiego nastawiony, tak po pewnym czasie analizując wykresy okazało się, że ten garmin jednak coś fajnego pokazuje ;)


   Można spędzić godziny na analizowaniu statystyk, tak właśnie było u mnie :)

Po zakończeniu treningu

   Gdy kończymy trening zegarek pokazuje nam czas odpoczynku jaki potrzebujemy do pełnej regeneracji. Spotkałem się tutaj z dziwnymi wskazaniami, które nie do końca rozumiałem. Po 20 kilometrowym rozbieganiu w tempie 4:20 pokazywało mi 22h, a po krótkim szybkim treningu 4*1 km po 3:05 pokazywało mi ponad 28 h :) Wiadomo eksploatacja organizmu na szybkich odcinkach jest większa, niż na spokojnym tupaniu, ale czy aż tak.




   Zegarek pokazuje Twój VO2MAX - wartość tego parametru nie zmienia mi się od ponad miesiąca, więc nie będę poruszał tego wskaźnika. Różnorodność treningów, zmienne obciążenia, a wskaźnik ani w górę ani w dół.


   Poprawnie skonfigurowana sieć wifi pozwala nam na zgrywanie treningu bez naszego udziału do serwisu. Gdy wchodzimy do mieszkania zegarek sam wysyła dane poprzez właśnie wifi i po chwili mamy wszystkie dane dostępne na garmin connect. Jeśli nie jesteśmy w warunkach domowych a mamy w telefonie aplikację, wtedy poprzez bluetooth z łatwością możemy zgrać trening na serwer. Wystarczy włączyć program na telefonie, w zegarku kliknąć synchronizacja i dane przesyłamy do telefonu.



Czy warto ? :)

   Słowem podsumowania : gubiąc swoją 610 miałem dużą zagadkę jaki zegarek kupić. W grę wchodziły wtedy stara 620 i nowy model 630. Mocnym argumentem za starym modelem była cena, jednak natrafiła się bardzo dobra okazja na nowy model i wjechał ! Był to dla mnie przeskok o kilka epok. Wielu opcji i parametrów trzeba się po prostu nauczyć, czytać i analizować wykresy, a dopiero wtedy okazuje się, że zegarek wart jest swojej ceny.

   Po tych 2 miesiącach użytkowania nie wyobrażam sobie teraz normalnego funkcjonowania bez Garmina. Pewnie niejeden z Was ma tak samo z Polarem, Suunto czy też innymi markami. Moja historia biegowych zegarków jest dość uboga, bo miałem dawno temu Polara, a później już Garminy i tak pozostało. Nie lubię eksperymentować więc wiernie pozostaję przy tej firmie.
   W kolejnej części postaram Wam się przedstawić moje spostrzeżenia i uwagi dotyczące tych wszystkich parametrów :) Jest tutaj duża ilość informacji, która może nie dla każdego jest przydatna i nie ma większego znaczenia przy rekreacyjnym uprawianiu biegania, jednak warto czasem spojrzeć i przeanalizować. Liczby mówią nam bardzo dużo o naszym bieganiu, więc warto poświęcić trochę czasu na ich analizę.

   Jeśli nasuwają się Wam jakieś pytania, piszcie :)


wtorek, 22 marca 2016

Męcząca Dziesiątka, czyli jak nie otwierać sezonu biegowego.

Złe dobrego początki ?


   Ciężko jest pisać o rzeczach, które nie wzbudzają w nas miłych wspomnień. Od sobotniego biegu minęło już trochę czasu, a ja nadal szukam odpowiedzi na pytanie, gdzie podziała się forma tego dnia.
   Wszystko w przygotowaniach szło poprawnie, starty kontrolne na City Trail na dużym zmęczeniu, bez odpuszczania treningów, więc byłem dobrej myśli co do startu w Maniackiej Dziesiątce.
   Ostatni tydzień był już nieco lżejszy, trzy dni przed biegiem już było typowe tupanie i relaks, żeby na sobotę noga się kręciła. W środę biegałem spokojne wybieganie z Marcinem i byłem tego dnia pewny, że poprawienie wyniku z zeszłego roku będzie możliwe.



   Pakiet odebrany już w piątek, chwilę po 18 były tłumy w biurze zawodów, jednak odbiór poszedł bardzo sprawnie i do domciu relaks przy filmie.

 Sobota - poranek jak każdy przed zawodami. Śniadanie 4 h przed startem i jazda na Maltę.

Byłem wyjątkowo spokojny i pewny tego, że dobrze przepracowany okres zimowy musi jakoś oddać na zawodach dobrym wynikiem. Jak się okazało nie był to ten dzień.

   Rozgrzewka i tutaj byłem już trochę zaniepokojony, że nogi jakieś ciężkie, jakby nie rozbudzone. Nieraz tak miałem, że rozgrzewka szła słabo, a na zawodach był gaz... 4 przebieżki - mało swobodne.

   Start - strefa elity tym razem wielki ścisk, ledwo się spostrzegłem, a już byłem w 3-4 rzędzie, ktoś mnie nadepnął, ja na kogoś wpadałem. 

   Strzał startera i dopiero po jakiś 200-250 metrach udało mi się swobodnie biec nie omijąc nikogo i nie przeskakując przez gąszcz nóg. Tłum ruszył... Nie lubię takich sytuacji, że na samym starcie muszę się stresować i stukać się łokciami z zawodnikami.

   1 km planowo 3:08 i niestety czołówka już uciekła, ale taki był plan, żeby spokojnie zacząć i lecieć swoje. "Lecieć" - tym razem to był świński trucht ;(




  2-3 km z mocno wiejącym wiatrem z przodu i niestety noga nie podawała, a w brzuchu zaczęło się dziać coś niepokojącego. Zerwałem się po 3 km, ale to nie był dzień na szybkie bieganie.

   Nie oglądałem się, nie rozpraszałem próbując skupić się na swoim i miałem nadzieję, że jednak zła passa przejdzie i przetrwam te chwile. Mijając 5 km i zerkając na zegarek zeszło ze mnie powietrze.

 16:36 - może gdyby bieg układał się inaczej ruszyłbym jeszcze do walki, ale nie dało się.



  Dziwnie mi opisać tę niemoc, bo tempo jakim biegłem 3:20 nie sprawiało mi żadnego problemu na treningach, a tutaj okazało się, że to mega wyzwanie.

   Po 6 kilometrze puściłem Szmajchela i Owoca, na 7 km doszli mnie kolejni zawodnicy. Smutne było to, że nie mogłem ruszyć. Ten moment, gdzie trzeba było się zebrać i walczyć - przespałem.




   Doping na Malcie miałem przedni ! Jednak lokomotywa pędziła jednostajnym tempem i nie chciała finiszować.

   Jedynie ostatni kilometr to mikro walka.

   Meta i czas 33:22 - szybko zwinąłem się ze strefy mety. Nie miałem ochoty na pogaduszki, nie ma się co dziwić, ambicje miałem wielkie...



   Jedyną radością tego dnia są wyniki chłopaków, którym pomagam w treningach bo całą trójka zrobiła życiówki :)



 



   Mam nadzieję, że w tym sezonie będzie jeszcze jakiś w bieg, w którym pokażę na co mnie stać :) Maniacka 10 była cierpieniem mojej głowy, gdyż nie mogłem walczyć, a bieg oddany był walkowerem. 

   Dziękuję za słowa wsparcia po biegu i obiecuję, ze nie ustanę w walce ! :) 











niedziela, 6 marca 2016

City Trail 2015/2016

W poszukiwaniu formy

Siadając do pisania tego posta patrzę z perspektywy czasu i porównuje te wszystkie biegi do zeszłego roku. Dlaczego w tym było wolniej ? Dlaczego nie nawiązałem walki o 2 miejsce ? Dlaczego ...

   Wiadomo, że zawsze chcemy jak najlepiej wypaść na zawodach jednak nie każdy start to życiówka. Ten cykl City Trail był dla mnie prawdziwą walką nie tylko z czasem, ale również z małymi problemami zdrowotnymi. 

   Pierwszy start i czas 16:18 - powiedziałem sobie : Nie jest źle i wchodzimy w mocniejszy trening. Treningi szły fajnie do momentu, aż zaczęło odzywać się rozcięgno podeszwowe. Ból, dyskomfort, niepewność, bo pomimo tego wszystkiego starałem się jakoś trenować. Nie były to wielkie obciążenia, bo całą energię poświęciłem na walkę z tą bardzo przykrą kontuzją. 




   Bieg 2 i czas 16:38 - tego dnia nie było mnie stać na więcej, a rywale ostro odjechali. Był to dopiero listopad, więc daleka droga do zbudowania formy, jednak jakoś głowa wtedy dostała ostro.


   Przed 3 startem niestety kontuzja nie odpuszczała - walczyłem z nią ponad miesiąc. Z pomocą przyszedł mi Krzysiek - Fizjoterapia biegacza, który doprowadzał mnie systematycznie do pełni zdrowia! Czas 16:07 - światełko w tunelu na złamanie bariery 16 minut się pojawiło :)



   W styczniu na szczęście wszystkie problemy zdrowotne dały mi spokój :) zostały w 2015 roku i oby nie wracały. Podczas 4 biegu 16:03 i wielki niedosyt, bo bałem się po wcześniejszych biegach zaryzykować i powalczyć o lepszy czas. Pewność siebie powoli wracała, a tym samym chęć walki i chrapka na lepsze wyniki.



   Lutowe zawody biegałem tydzień po powrocie ze Szklarskiej, gdzie wykonałem kawał dobrej roboty. Nogi czuły cały czas kilometry wybiegane w górach, jednak podczas biegu była moc i skończyłem z czasem 15:52.



   Ostatni start traktowałem już jako wielki eksperyment. Tydzień poprzedzający sobotni bieg był najcięższym biegowo okresem i nawet nie śniłem, że złamanie 16 minut jest możliwe. 

   Dzień przed biegiem jeszcze 14 km na treningu i nie były to wolne odcinki, a w dniu biegu na rozgrzewce masakra jakaś. Nogi bardzo ciężkie, ale na rytmach jakoś powoli puszczały. Gdy wystartowaliśmy do 2 km biegło mi się w miarę komfortowo. Pierwszy kilometr otwarty w 3:06, drugi w 3:08 i wtedy zostałem 5-10 metrów za czołówką. 10-20-30 metrów - niestety jak puściłem ich to oddalali się w zastraszającym tempie, a ja miałem świadomość, że jestem żółwiem. Mijając 3 km podłączył się do mnie rowerem Krzysiek i to dzięki niemu udało się dociągnąć do końca. Jego krzyki niosły mnie do mety :) Po minięciu 4 km w sumie to mało widziałem :P dyszałem jak lokomotywa i miałem zwyczajnie dość. Nie oglądając się leciałem do mety dopingowany przez stojących na trasie kibiców.

 Meta i 15:52 ? Hmmm jak to możliwe :o Miałem wrażenie, że ostatnie 2 km to przeczłapałem. 





   Jedno jest pewne ten cykl City Trail w moim wykonaniu był po prostu słaby i mam tutaj pełną tego świadomość. Borykając się z kontuzją nie mogłem dać z siebie wszystkiego na pierwszych 3 biegach i jakoś te emocje ze mnie opadły. Mam nadzieję, że za rok powalczę po raz kolejny o miejsce na podium :) Bo oczywiście zamierzam startować . 

   Dziękuję Krzyśkowi - Fizjoterapia biegacza za opiekę medyczną i pomoc w walce z moimi małymi, czy też większymi problemami zdrowotnymi, bez niego cykl ten mógłby wyglądać o wiele gorzej, a podczas ostatniego biegu nawet skończyć się nieukończonym biegiem. 

Wielu z Was zauważyło i pytało: dlaczego nie Maratończyk Poznań? Pomarańczowe barwy już nie będą mi towarzyszyły w dalszej zabawie w bieganie. Ten etap uważam za zamknięty. Koszulka startowa schowana na dnie szafy, a ja ruszam z wielkim optymizmem w nowy sezon. 


   Pozdrawiam i widzimy się na zawodach w sezonie :)


   Dziękuję za zdjęcia Tomasz Szwajkowski, Piotr Oleszak :)
   









poniedziałek, 15 lutego 2016

Czekoladowe Walentynki

I Bieg Czekoladowy

   Miejsca na bieg rozeszły się jak świeże bułeczki. Pierwszy rzut w niespełna kilkanaście godzin, więc zainteresowany fenomenem tej inicjatywy zdecydowałem się zapisać w drugim rzucie i pobiec po czekoladę. 

WARTO BYŁO !

Jedyne starty w okresie listopad - marzec miały ograniczać się do City Trail, jednak nastąpiła mała zmiana planów. Do ostatniej chwili miałem wątpliwości co do udziału w zawodach ze względu na jakieś choróbstwo, które złapało mnie po czwartkowym treningu. Gardło zawalone, nos zapchany - trzeba było szybko się doprowadzić do porządku. Organizm był osłabiony, ale bardziej psychika w takich chwilach cierpi. Człowiek nie jest pewny siebie.



Po bardzo krótkiej rozgrzewce, ograniczającej się do 3 km truchtu i delikatnego rozciągania + 4 przebieżki 100 metrowe, udałem się na start :)

Same znajome twarze, czyli wiedziałem z kim mam do czynienia.

Godzina 12 punktualnie start !






Poszliśmy, a raczej poszli, bo ja trzymałem się delikatnie z boku czołówki. Nie zamierzałem dyktować tempa, ani bawić się w jakieś przepychanki na trasie. Nie czułem się mocny tego dnia, więc nie chciałem szaleć. Ogólnie to powiedziałbym, że pierwsze 3 kilometry to ja spałem :) 




1 km - 3:18

2 km - 3:22

3 km - 3:22

Trasa ciekawa, kręta, nie sprzyjała szybkiemu bieganiu, no i bardzo zmienne podłoże, co wytrącało z odpowiedniego rytmu biegu. Lecieliśmy grupką 4 osób, więc postanowiłem coś po tym 3 km "rozerwać", żeby nie było niespodzianki na koniec.





Delikatnie ruszyłem, a za mną mój imiennik Piotrek Humerski, który co chwilę jakby zrywał tempo i starał się mi uciec. Biegłem swoje nie utrzymując na siłę jego tempa. 





Czułem się dobrze, więc gdy na zegarku zobaczyłem 11:00 minut ruszyłem, co miałem do stracenia przecież do mety pozostało tylko jakieś 5 minut biegu :) 

4 km pomimo, że był pod górkę wyszedł już 3:14, tutaj była tam spora grupka kibiców. Doping motywuje, więc widząc tabliczkę z oznaczeniem 4 km ruszyłem mocno.

Ostatni "kilometr" - 2:50, ale GPS pokazał 4.95 metrów, więc poprawkę trzeba wziąć. 




Czułem moc, nie odcinało, była jeszcze rezerwa ! Nic tylko się cieszyć, że wszystko idzie w dobrą stronę. Oby zdrowie dopisywało, a będzie dobrze :)

Wszystkie te starty biegane są z treningu i nie odpuszczam nic, a traktuję je jako mocny akcent. 




Jak każda impreza ma swoje plusy i minusy, przecież idealnie być nie może ? :)

Bardzo ciekawa i wymagająca trasa, spora ilość podbiegów - zbiegów, zakrętów, zmiennego podłoża, ogólnie bardzo mi się podobała. Duża ilość kibiców, fajnie zorganizowane biuro zawodów i strefa mety, czekolada + smaczne ciastka i wafelki.

Małymi minusami po części, na które organizatorzy nie mieli wpływu to duża liczba psów na Cytadeli a jak wiadomo nie każdy czworonożny zwierzaczek lubi stado ludzi biegnących po jego terenie. Brak bramy startowej. Losowanie nagród spośród wszystkich numerów - zły pomysł, losy wrzucili wszyscy uczestnicy, a na losowaniu została niewielka grupka wytrwałych co trwało troszkę za długo przy takiej pogodzie.

Ogólnie impreza bardzo udana i jeśli będę w Poznaniu za rok to wpadnę na II edycję Biegu Czekoladowego.